Pomijam fakt, że faktycznie małego nosa nie posiadam, a jest on raczej dość znacznych rozmiarów, jednak na moje szczęście jest prosty – bez garba – i wygięty także nie jest, z lekką jednak krzywizną przegrody, ale… nobody’s perfect…
Wspominałem jakiś czas temu – i tu – i szefowi memu – o problemach z cudownym wynalazkiem Pandasoftware, on to zlekceważył – olał po prostu – a mi dzisiaj ciśnienie podskoczyło znacznie…
Przesiadywałem wczoraj w firmie, będącej naszym klientem, w ich serwerowni konfigurując zaciekle drukarko-faksiarko-kopiarko-co tam jeszcze-sieciową. Ustawiałem, przestawiałem by na końcu dodać konto e-mail dla drukarki (co za sprytne urządzenie, samo ma się łączyć z serwerem pocztowym i odbierać, a także wysyłać pocztę). Tu problemu większego nie było. Wyszedłem przeto na chwilę do pokoju innego, wracam a tu… niebieski ekran z błędem STOP serwera Windows 2003.
- O kurwa – pomyślałem. – To się dopiero napierdoliło…
No nic. Restart z palucha i czekam… Uruchamiał się jakoś dziwacznie długo… Oj kurewsko długo… Myślałem nawet, że już się nie podniesie. Podniósł się. Oczywiście okienko z formularzem – co było przyczyną poważnego błędu serwera. Jak to co? Ja wiedziałem już dość dawno temu. Teraz szperając dokładniej aby upewnić się w mych podejrzeniach natrafiłem na plik powodujący błąd:
Netfltdi.sys
Oczywiście to gówniane coś należy do pakietu Pandy. Oczywiście moje podejrzenia okazały się trafne. Oczywiście znowu wykazałem się przed samym sobą i urosłem w swych własnych oczach z dumy – rzecz jasna. Kogo to jednak obchodziło? Nikogo…
Wracam do firmy, a tu na moim biurku faktura na ponad dwa i pół tysiąca złotych dla firmy, z której własnie wróciłem za… Pandę… Pod nią w ładnym czymś (coś jak notes) płyta instalacyjna, a także (zamiast notesu) instrukcja obsługi…
- Ja pierdolę – pomyślałem. – Toż to największe przegięcie pały jakie widziałem… Przecież z godzinę wcześniej informowałem szefa co było powodem zdechnięcia serwera.
Zabawne jest jednak to, że to ja miałem znaleźć sposób rozwiązania problemu. Mało tego… Ja go mam znaleźć nie po godzinach pracy, nie w firmie, ale… u nich – w tej firmie, nad którą trzymamy pieczę informatyczną, gdyż to ich problem i to oni powinni – zdaniem szefa – płacić za moje poszukiwania i walkę z Microsoftem i Pandasoftware o stabilność serwera…
Srał go pies.
Odpaliłem Google z hasłem zasranego pliku i… Kolejny szok… Przypadek mój (ich?, jego?) nie był odosobniony. Najczęściej występował w serwerach HP (to tak jak w tym przypadku), pojawiał się także w innych systemach operacyjnych niż nieszczęsny Windows Server 2003, także w XP i Viście, ale i w 2000 i NT…
No to zajebiście…
Trafiłem też na taki wątek, gdzie gość dokładnie i ze szczegółami podał co go trapi, wklejając nawet wszelakiego rodzaju logi systemowe, a później mógł przeczytać:
I believe that the problem is related to software error of Panda Firewall. Refer this problem
That seems right!
I will be following the other thread.Have a nice day.
Cóż…
Jebana Panda stała się moim najmniej lubianym zwierzakiem futerkowym – pierdolony misiek..
Grzebiąc dalej trafiłem na taką o to poradę rozwiązującą (!sic) ów problem:
in my case Panda antivirus software was the culprit: Particularly one Panda
TDI filter driver (NETFLTDI.SYS). it resides with
C:\WINDOWS\SYSTEM32\DRIVERS\NETFLTDI.SYS. here’s how to handle it:save NETFLTDI.SYS to floppy (or any other drive) and remove it from
C:\WINDOWS\SYSTEM32\DRIVERS\ . restart the server.(Panda will still be alright afterwards; after reboot event viewer may show
error messages saying „where is may netfltdi.sys?” but never mind. nor does
panda).
Panda support was perfectly pleased with this solution and promised to look
after netfltdi.sys.well, this worked for my server at least.
good luck for you!p.s. this is from where enlightening came to me:
http://support.microsoft.com/newsgro…7-534cbcc609ac
Krótko mówiąc, posiadając system (za ponad 8 tysięcy złotych) plus program antywirusowy (na 25 licencji za 2 i pół tysiąca) a więc tylko to oprogramowanie na ponad 10 tysięcy złotych, mam wyjebać plik jednego z nich (Pandy), a kiedy ta będzie się o niego upominać olać uszatka ciepłym moczem!
Toż to kurwa kpina chyba jakaś…
Wyobraźmy sobie sytuację następującą, żeby to zobrazować podmienię Microsoft na Mercedesa, a Pandę na dość drogi olej silnikowy…
Kupuję zatem Mercedesa – śmiga, wszystko cudnie, więc łąduję dzieci do niego (komputery klienckie podpinam do kontrolera domeny) i jeździmy gdzie chcemy – cały świat można przejechać – jest bosko… Ale… żeby nic nie spieprzyć, powinienem (co zaleca sam M$) nalać olej silnikowy, aby go odpowiednio chronić (program antywirusowy). Zatem tankuję Pandę… I jeżdzę sobie w najlepsze, aż tu nagle – łups – dziecko mi wypadło jedno (komputer kliencki się restartować zaczął samoczynnie), jakoś uczepił się zderzaka i jedzie, ale nagle – wypadło drugie dziecko… Ciekawe – myślę sobie… Jakimż to dziwnym trafem dzieci mi z samochodu wypadają, skoro wszystko wygląda dobrze… Ale to nic. Po kilku pięknych wędrówkach, upierdoliła mi się kierownica i wpieprzyłem się na ścianę… W przypadku Mercedesa pewnie bym wyszedł cało (poduszki powietrzne, te sprawy), w przypadku serwera też przeżyłem. Pytanie moje jednak brzmi:
Jaki kurwa wpływ mieć może olej silnikowy na układ kierowniczy samochodu?
Podobnie jest w przypadku Pandy… Jak to możliwe, że coś, co miało chronić system operacyjny (silnik) przyczyniło się do stopniowego – acz systematycznego – rozpieprzania go od środka, a co ciekawsze, także komputerów klienckich?
Wniosek mój był jeden – jeszcze przed wczorajszym udowodnieniem winy – jak najdalej od gówna z firmy Pandasoftware. Jak ja teraz mam niby iść do tej firmy, wręczyć im fakturę na Pandę, wraz z płytą instalacyjną i powiedzieć:
- Sorry, wyjebaliście kasę… Dla mojego szefa to jednak idealna sytuacja… Wasz serwer będzie padał, podobnie jak komputery podpięte do sieci, ja będę przesiadywał u was godzinami, a wy będziecie jeszcze mu płacić za to. Wjebaliście się na niezłą minę…
Gdyby to był koniec, byłoby dobrze. Szef zaargumentował to tak:
- Kiedy do nich przyszliśmy już posiadali Pandę, więc to od niej się uczyliśmy (!sic)…
Sytuacja z chirurgiem całkiem podobna:
- Kiedy przyszedł do mnie pacjent jako tako wyglądał, ale skoro miałem się uczyć – przeszczepiłem mu mózg pawiana… Nadal wyglądał znośnie, ale dziwnie się zachowywał…


