Jakiś czas temu, po odejściu z firmy Kuby, zdałem sobie sprawę, że jestem w niej teraz jedyną nową technologią… On był magikiem od systemów operacyjnych, od serwerów opartych na Linuksach jak i Windows (2000 i 2003), ja przy nim to mały pikuś, ale… Kiedy przychodziłem do tej firmy miałem zajmować się stworzeniem serwisu społecznościowego, aktualizacją stron i budową nowych witryn, aktualnie administruję sieciami komputerowymi w… czterech firmach…
Trzy firmy, będące klientami tej, dla której pracuję (ona jest tą czwartą), rozrzucone są po lewobrzeżnej części Warszawy, dlatego sporo czasu poświęca mi podróżowanie pomiędzy Mokotowem, Wolą a Centrum, by czasami zahaczyć jeszcze o siedzibę firmy, w której jestem zatrudniony, na Żoliborzu…
Najciekawsze jest jednak to, że nie może być dla mnie rzeczy niemożliwych. Ja powinienem – JA MUSZĘ – poradzić sobie z każdym zaistniałym problemem, zdiagnozować go i wyeliminować. Spoko. Jakoś sobie radzę, problem w tym, że za takie pieniądze to… ja wcale nic nie muszę… Gdyby moje zarobki były dwu-, trzykrotnie większe, wtedy nie miałbym powodów do marudzenia i robiłbym wszystko z przyjemnością. Jednak podając stawkę jaka mnie interesowała, podawałem ją w odniesieniu do tego, co miałem wykonywać, a nie względem tego, co robię aktualnie…
Dlatego zaczynam już małymi kroczkami przygotowywać się do zmiany otoczenia. Z pewnością zdziwko trafi szefa, kiedy okaże się, że został sam i musi radzić sobie nie tylko z systemami Windows, ale i z Linuksami, o których nie ma większego pojęcia…
Dzisiaj na ten przykład musiałem rozwiązać problem backupu w firmie, za który odpowiedzialna jest Amanda. Pech chciał, że mój poprzednik ustawił 22 taśmy (na dysku twardym), a od kilku dni otrzymywałem informację o problemie i nie wykonywaniu kopii. Dzisiaj wertowałem dokumentację i starałem się rozwiązać ten problem. Rozwiązałem (tak sądzę). Skoro dysk był przepełniony i nie sposób było zmusić Amandy do zapisywania w kolejnym slocie, zmniejszyłem ich liczbę do dwudziestu, z palucha wklepałem komendę backupu i poszłoby ale, że było to w godzinach pracy firmy, nie chciałem nikomu zbytnio przeszkadzać, więc z drugiego palucha przerwałem tę operację, czyszcząc przy tym wszelkie zmiany. Jutro okaże się czy tworzone są kopie bezpieczeństwa, sądzę, że powinny być…
A szef?
Nie miał pojęcia o czym pisałem w mailu do niego, informując go o problemie i prawdopodobnym uporaniu się z nim przeze mnie… Cały szef…
W dodatku wymyśla sobie kolejne problemy, aby tylko wydoić od klientów kasę.
Normalnie żal mi było właściciela jednej z firm, kiedy wkręcał go w ziemię. Ściemniał mu i bajerował, wciskał kit, a prawda była taka, że kompletnie bez diagnozy i odpowiedniego przygotowania terenu firma, w której pracuję, przystąpiła do wymiany systemu serwerowego i preinstalacji systemów operacyjnych na komputerach pracowników… Szef uznał, że skoro sieć istnieje i istnieje okablowanie, wystarczy wywalić w kosmos serwer z nielegalnym Windows 2003, a w jego miejsce postawić sobie Debiana z kontrolerem domeny. Prace rozpoczęte we wrześniu, na dobrą sprawę zakończyły się dopiero wczoraj, kiedy to wyeliminowałem ostatnią usterkę – klawiaturę (na dobrą sprawę, biorąc pod uwagę tę Amandę, to dopiero dzisiaj wdrożono nowy system). Dwa miesiące zajęło firmie to, co mi samemu zajęłoby… miesiąc, a mając do pomocy jeszcze jedną osobę – dwa tygodnie!
Kiedy wydawało się bowiem, że wszystko jest już ok, nagle jeden komputer nie był w stanie zalogować się do domeny, zdiagnozowałem problem informując szefa, że winny jest kabel w ścianie. Ten posłał do boju Kubę, który po powrocie zakomunikował mu niemal to samo. Szef był zdziwiony, bowiem od samego początku upierał się, że winę musi ponosić coś innego (pewnie obstawiał Debiana), spakował się i sam pojechał zorientować się o co biega. No i? Okazało się, że miałem rację.
Jednak za każdą naszą wizytę, i każdą spędzoną tam godzinę, klient jest obciążany kosztami. W dodatku jeden pracownik musiał skakać po innych biurkach by móc normalnie pracować. Chuj to szefa obchodziło. Kasa się liczy…
Koniec końców przyszła firma zewnętrzna, wymieniła kable w ścianie… i sieć zaczęła działać…
Drugą sprawą, która mnie najnormalniej wkurwia, to wciskanie wszystkim klientom (jedynie słusznego programu antywirusowego) – Pandy. Większego badziewia nie widziałem (może poza Windowsem). Połączenie tego programu ze wspomnianym systemem operacyjnym powoduje… w sumie to loteria, ale dość często najprzeróżniejsze problemy: od samoczynnych restartów systemu, poprzez jego zawieszanie, wyskakujące informacje o błędach, przedziwne zachowywanie się komputerów, a wszystko prowadzi do jednego miejsca – Panda. O tym także informowałem, że najchętniej wypieprzyłbym ją i sprawdził jak funkcjonowałyby komputery bez niej. Cóż, gadać to ja sobie mogę – szef wie swoje (naliczana marża od sprzedanych licencji Pandy)…
Dlatego kiedy dzisiaj ponowił temat, czy aby przypadkiem nie pozbawić użytkowników praw administratora (kolejna wizyta wielogodzinna w firmie) i co zrobić, by serwer (Windows 2003) nie zawieszał się (wyjebać go i zainstalować Linuksa?), i pozwalał na zdalne logowanie non stop, a nie tylko czasami. Powiedziałem mu co o tym myślę. Zacząłbym od wyjebania z serwera tego cholerstwa – Pandy, a uprawnieniami bym sobie dupy nie zawracał bo później z każdym beznadziejnym problemem będą dzwonić, aby ktoś przyjechał i zainstalował to lub tamto, zaktualizował to, lub tamto… Oczywiście, w jego interesie jest dbanie o finanse własnej firmy, ale dojenie z niezorientowanego klienta ile wlezie to – w moim odczuciu – przegięcie pały…
Policzmy… Siedem komputerów w jednej firmie plus serwer, w drugiej 26 komputerów plus serwer, w trzeciej czternaście komputerów i także serwer… Biorąc moje stawki za abonament miesięczny (bez wliczania jakiś chorych godzin) ze wszystkich tych firm miałbym 7950 złotych plus VAT. Szef łyka ze dwa razy tyle, a do tego nalicza im godziny wizyt, i doi przy sprzedaży licencji i oprogramowania (za instalację ściągniętego z internetu darmowego OpenOffice, kasował ponad 1300 złotych od 7 komputerów!)… Kumpel, który chce wejść ze mną w układ, proponował jeszcze mniejsze stawki od moich, jego cena wyniosłaby zatem 5600 złotych plus VAT. Różnica między moją, a ofertą kumpla, to jakiś… laptop…
Z pewnością powaliłbym konkurencyjnością i zdecydowanie profesjonalniejszym podejściem do klienta, firmę swego szefa…
Moja oferta jest jasna i przejrzysta – szukać najkorzystniejszych i najtańszych rozwiązań dla klienta, które zapewnią jednocześnie stabilność i bezpieczeństwo pracy sieci komputerowej.
Do tego celu nie jest mi potrzebny program antywirusowy, którego skuteczność (wg testów jakiejś gazety) oscyluje w granicach 46%!
Wystarczy:
Debian z Sambą udostępniający odpowiednie katalogi, do których dostęp mają członkowie grupy roboczej (ewentualnie domeny), zależny od odpowiednich uprawnień;
ClamAv + Amavis sprzężony (zwrotnie) z Sambą, odpowiedzialny za nierozprzestrzenianie się wirusów wewnątrz sieci komputerowej;
I spokój… tak klienta jak i mój…
Dlatego blisko coraz bliżej jest realizacja mojego pomysłu na reaktywowanie własnej firmy, ukierunkowanej na technologie IT… w bardzo szerokim pojęciu…


