W niedzielę postanowiłem w końcu wywalić, padającego już dość często, Mandrake’a w wersji 10.0 (bez żadnych aktualizacji od roku 2003!). Wybór mógł być jeden – Debian Etch 4.0. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Zainstalowałem nowy system na serwerze przez sieciową instalację i zadowolony udałem się na zasłużony odpoczynek. Pech chciał, że jeszcze tego samego dnia na serwerze zdechła mi karta graficzna…
Szkoda mi jej było, gdyż swego czasu była to dość dobra karta – taka ładna, czerwona MSI – nVidia jakaś. Na prędce znalazłem jakąś Velocity pod PCI i… pojawił się problem z jej wciśnięciem. Wpychałem i wpychałem, ale wejść nie chciała (za ciasno było, a mocniej nie chciałem aby nie połamać płyty głównej), olałem to i odpaliłem komputer – piszczał. Wniosek był jeden – nie wlazła odpowiednio na swoje miejsce i w gruncie rzeczy nie działa. Wyłączyłem komputer i w akcie desperacji uruchomiłem go bez żadnej karty graficznej… Przeżyłem szok, kiedy komputer po wydaniu kilku przejmujących pisków ruszył dalej. Dysk pracował, więc pomyślałem, że właśnie w tej chwili uruchamiany jest system.
Przeszedłem do drugiego komputera i połączyłem się z nim przez SSH, okazało się, że serwer działa bez karty graficznej. Odpaliłem Midnight Commander’a i… krzaki były porażające. Wypadało zmienić kodowanie na serwerze (nowy Debian instaluje domyślnie UTF-8, a mój poczciwy na komputerze domowym wyposażony jest w ISO-8859-2. Odpaliłem
dpkg-reconfigure locales
i wybrałem co chciałem. Następnie OK i… zamiast przekonfigurować kodowanie wywalił mnie ponownie do jego wyboru.
– O rzesz kurwa – pomyślałem. – Tego się nie spodziewałem.
Na szczęście na górze było jak wół napisane co należy zrobić, gdyby powyższa metoda okazała się nieskuteczna.
Ręczna edycja pliku /etc/locale.gen i wklepanie z palucha odpowiedniego kodowania. Następnie przeładowanie konfiguracji
locale-gen
i mogłem cieszyć się normalnym kodowaniem na serwerze.
Czas na Squida…
Próba wykonania instalacji przez apta jak i przez aptitude nie powiodła się, otrzymywałem dziwne informacje o niemożliwości odczytania gpgv. Zajebiście…
Z pomocą przyszły Google. Problemem była zła data ustawiona na serwerze. Właściwie to już w samym Biosie musiała być zwalona, ale nie mając jak się do niego dopchać, zmuszony byłem do wklepania jej z palucha w samym Debianie:
date MMDDHHIIYYYY
(gdzie MM – miesiąc, DD – dzień, HH – godzina, II – minuty, YYYY – rok).
Ponowny update repozytoriów i… poszło bez błędów.
Zatem instaluję Squid’a…
Nie wiedzieć czemu w wersji Etch (stabilnej!) Squid… nie działa… Wywala się po próbie odpalenia, wszystko przez to iż nie tworzy sobie katalogów potrzebnych do pracy /var/spool/squid.
Cóż. Zainstalowałem sobie zatem Squida na moim biurkowym komputerze (Debian Lenny – niestabilny – Squid załadował się bez problemowo!) a następnie przekopiowałem katalogi na serwer, ponowna instalacja Squid’a, namieszanie w konfiguracji, zmiana uprawnień do katalogów dla proxy
chown proxy:proxy /var/spool/squid -R
ponowne odpalenie i… znowu dupa.
Nosz kurwa.
Tym razem błędem był brak ustawienia visible_hostname, trzeba było dopisać nazwę komputera, na którym odpalony jest Squid, co uczyniłem i… ponownie zrestartowałem usługę. Tym razem obyło się bez błędów.
Poprawki w firewallu, aby wszelkie zapytania na porcie 80 przekierowywał na odpowiedni port, na którym śmiga Squid i… serwer Proxy działa prawidłowo…
Zastanawiam się tylko jak długo pociągnie ten mój rupieć dumnie zwanym przeze mnie serwerem. Już ledwo dyszy, już karty graficznej nie posiada, jedną kość pamięci 256MB, leciwy procesor PIII 450MHz, zasilacz bez wentylatorka, który już dość dawno temu nie był w stanie poradzić sobie z ubitym wewnątrz kurzem i najzwyczajniej przestał się poruszać. Obie strony obudowy stoją w zupełnie innym pokoju, zamiast szczelnie zakrywać wnętrzności komputera. W dodatku nie posiadam już żadnej zapasowej kości pamięci DIMM, a jak ta padnie, padnie całkiem serwer, który – jak się okazało – bez karty graficznej może chodzić, ale bez pamięci – nie ma na to szans…
P. S.
Padł Bind9 – prawdopodobnie, tzn wszystko wskazuje, że winą, za nieprawidłowe działanie sieci (a właściwie brak odnajdywania witryn) ponosi serwer DNS, w moim wypadku to właśnie wspomniany program… Jednak możliwe, że chodzi raczej o problemy sprzętowe, które powodowały najzwyklejszy zwis komputera (serwera)… i to chyba jest to, zwłaszcza, że przy wcześniejszym systemie działo się całkiem podobnie…
Tylko co tym razem pierdolnęło?


